Bezsenność z Tobą
twoja pierś lewa
to księżyc wschodzący
pierś prawa
to zachodzący księżyc
a pośrodku pełnia
***
pochylam się
nad twoim źródłem
nigdy nie wyczerpanym
moimi pragnieniami
***
zabłądziłem
w twoich włosach
poszukując
rozbieganych moich dłoni
pozwól mi
przeczekać tę noc
na wysepce twoich ust
***
zasłuchany
w twój niecierpliwy oddech
uwierzyłem na zawsze
że nie może być
bliżej
***
wzięłaś już wszystko
a jeszcze tyle pozostało
spróbujmy
podzielić to sprawiedliwie
***
wszystkiego
co chciałem ci powiedzieć
dowiedziałaś się już
z mojego milczenia
DO DZIEWCZYNY
Ucałuj jego czoło
taki pocałunek
koi lęk przed utratą
ciebie.
Ucałuj jego oczy
taki pocałunek
odpędza złe sny
o twojej zdradzie.
Ucałuj jego ręce
taki pocałunek
wybacza
twoje kłamstwa.
Ucałuj jego usta
taki pocałunek
pozwoli mu zapomnieć
twoje zdrady i kłamstwa.
Ale nie
utratę ciebie
D W O J E
Oto nas dwoje: ty i ja.
Od kiedyż to ? Już nie pamiętam.
I w ciszy nocnej, w gwarze dnia,
i w dzień powszedni i od święta.
Dwoje nas razem: ja i ty.
Dłoń w dłoni, twarz przy twarzy,
przez słońce, deszcze, poprzez mgły,
przez wszystko, co się zdarzy.
Dwoje nas: ciała nasze dwa
które piękniejsze od którego?
Kto więcej siebie komu da?
Z czyjego więcej: z twego? z mego?
JAK TRAWA
Jak trawa
po której świat codziennie stąpa
nie zauważając najczęściej że bez niej
rozkwitałby wokoło ogród beznadziei.
O każdej porze wieków
epok
tysiącleci
ta sama wciąż na nowo się odradzająca.
Gdzieś usycha na chwilę pod skwarem pożogi
lub mrozem serc ścięta przygaśnie szarością.
A gdzieindziej bujnymi łąkami modlitwy
faluje kołysana westchnieniami duszy.
Nawet na pustyni wśród ziaren zwątpienia
wyrasta bodaj jednym źdźbłem niezniszczalności.
Trawa nigdy nie więdnie
czasem tylko zamiera
aby tym żywotniej umocnić korzenie.
Jak trawa jesteś
wiaro nasza
L I T A N I A
Któraś zieloną puszczą rosła nad rzeką,
Któraś ostała się nasza na przekór wiekom
Umacniaj nasze korzenie
wplątane w Twoich glebach.
Ochraniaj głowy nasze
dachem Twojego nieba!
Któraś widziała jak cierpią za Ciebie rany,
Któraś jest krzyżem i gwiazdą niepokonanych
Słabych nie sądź surowo
i nie każ zginać się karkom.
Nagradzaj podług zasług
i bądź Przymierza Arką!
Któraś wiślano-odrzana, górna i chmurna
Jest naszych dziadów prochom najświętsza urna
Przyjmij nas kiedyś w siebie
gdy czas już nasz upłynie,
ginących w niepamięci,
o, Ty, która nie zginiesz!
Któraś jest wiosną i latem, zimy siwizną,
Któraś jest nam przeznaczeniem -
Ojczyzną ...
OSTATNI OBRAZ VAN GOGHA
Tu już nic nie da się zmienić,
perspektywa - impresja - ton,
ani drzew spadające owoce,
roztańczone kolory jesieni.
Przez paletę i przez myśl pustą
jak strzał z pistoletu wypali
promień słońca, który zamknie krzyk
rozchylonym czerwonym ustom.
Znikną mary, paryski gwar,
mur klasztorny, korzenne gabloty,
a zostanie tylko kropla krwi
w słonecznikach i zbożach Arles.
Tu już nic nie da się zmienić,
krucze skrzydła - płaczki Południa
przekreślają tuszem na krzyż
roztańczone kolory jesieni.
P I O T R O W I
"Jesteś dzieckiem Wszechświata,
nie mniej niż drzewa i gwiazdy
masz prawo być tutaj."
("Dezyderata" hymn Piwnicy pod Baranami)
I w kasztanach na Plantach,
i w meteorze każdym,
co przelatuje nad Rynkiem,
ponad Ratuszem, Wierzynkiem,
by spaść gdzieś między Kopcami,
za lasami, za górami,
za siedmioma Bielanami.
Proszę państwa, proszę państwa!
Bez żadnego oszukaństwa:
byłem z wami, jestem z wami
już od lat dziesiątków kilka.
Aż poniosło mnie jak wilka,
co go wciąga gęsty las.
Proszę państwa, proszę was!
Las gęstnieje mimo nas -
jakże szybko rośnie las ...
Proszę państwa, proszę państwa!
Wy też nie kochacie draństwa.
Posłuchajcie mego dzwonka:
pod sklepieniem śpiew skowronka
odlatuje w kraj daleki,
hen, za góry, lasy, rzeki.
I on też nie lubi draństwa.
Dobry wieczór, dobry wieczór
profesorom, senatorom,
redaktorom i doktorom!
Dobry wieczór, witam państwa!
Cieszmy się jak małe dzieci,
jak malarze, jak poeci
z tych tysiąc i jednej nocy.
Księżyc wschodzi, Wieża świeci,
pomieszały się te noce,
więc wam życzę dobrej nocy.
Ja już rzucam pola nasze,
i już lecę we wszechświaty,
hen, za Kopce, za Karpaty ...
Tyle jeszcze tutaj draństwa -
dzyń-dzyń-dzyń-dzyń,
proszę państwa!
Skrzydła moje, róże moje ...
A ja gnam już we sto koni,
a mój dzwonek jeszcze dzwoni.
Róże moje, skrzydła moje ...
secesyjne, galicyjskie,
już dalekie, a wciąż bliskie.
Proszę państwa, proszę państwa ...
Kraków, z końcem kwietnia 1997 r.
SŁOWA ZATOPIONE
Niby kamień w wodę zapada najczęściej
słowo kiedy myślą je nie zakotwiczyć,
unoszone w powodzi mowy coraz gęstszej,
która wciąż dryfuje donikąd na niczym.
Ale kiedy w słowie jest ta nieuchwytna
moc, że choć się nad nim rozchodzące koła
zamkną - to słowo jeszcze po wiekach zawoła
z dna,gdzie tkwi jak galera jakaś starożytna.
Ktoś się wtedy zanurzy jak nurek w głębinie
zatopionych i z dawna nasiąkłych milczeniem
słów i tylko do tego jednego podpłynie,
od dna je oderwie, gdzie innych słów cienie,
by to jedno znowu na powierzchnię wynieść.
Lecz wyłowione może się zmienić w milczenie.
T O R E R O
On kocha ja, on kocha ją
ale czy pragnie, czy pożąda?
On kocha ją, on kocha ją
Gdy tysiąc oczu nań spogląda.
On kocha ją, on kocha ją
ale czy pragnie tak do końca?
On kocha ją, on kocha ją
zawsze w popołudniowych słońcach.
Ona wpierw lekko rozpostarta
na nisko pochylonych rogach
potem brzemienna ostrym bólem
na chwiejnie stąpających nogach.
Kopyta wryte w piach areny
Już gotujące się do skoku.
On wie: uderzyć musi z góry,
on wie: nie wolno nigdy z boku!
On kocha ją, on kocha ją
lecz czy pożąda jej, czy pragnie?
On kocha ją, on kocha ją
lecz co w swym sercu skrywa na dnie?
On kocha ją, on kocha ją -
uczucie wielkie, nieodparte,
on kocha ją, on kocha ją -
groźną i piękną La Muerte.
O, La Muerte, mroczna, słodka,
jeśli go weźmiesz w swe ramiona
w niedzielne jasne popołudnie,
publiczność będzie zawiedziona.
O, La Muerte, La Muerte,
niechże cię dzisiaj inni zajmą,
a jemu daj zamiast spełnienia,
na pocieszenie tryumf daj mu!
Niechże cię jeszcze dalej kocha,
choć nie pożąda cię, nie pragnie.
Wiesz przecież: na arenie nigdy
żadna kurtyna nie opadnie.
Więc zanim słońce się pochyli,
nim zacznie wczesny zmierzch zapadać
niech bezwzajemne to spełnienie
zastąpi krótka estocada.
W popołudniowym tym spektaklu
tylko was dwoje bohaterów.
Ole, Muerte! - tak on woła -
a tłumu wrzask: ole, torero!
Lecz kiedy wreszcie się przydarzy
coś, czego nie da się naprawić,
nikt się nie dowie nigdy czy to,
to była miłość czy nienawiść.
TYLKO SŁOWO
Lękam się,
że nigdy już tego nie pojmę
skąd tyle kalekich dzieci - owoców miłości
i dlaczego w bólach trzeba rodzić życie
i tak chronić je, skoro to tylko przystanek,
krótkie mgnienie wieczności z nieuchronnym kresem.
I co to jest wieczność ? Czy czas też umiera ?
Ale powiedz tylko słowo ...
Lękam się,
że może podążając do mego Emaus
nie spostrzegę na drodze, że mi towarzyszysz,
i że mnie wyprzedzisz, a ja będę musiał
dalej kroczyć drogą
i nikt się nie dowie o naszym spotkaniu
Ale powiedz tylko słowo ...
Lękam się,
moich zwątpień podszytych mądrością umysłu
o tajemnej jedności Starca z siwą brodą,
Człowieka rozpiętego na poprzecznej belce
i Synogarlicy krążącej nad Nimi,
powielanych przez tylu znakomitych mistrzów,
którą tylko wzrokiem potrafię ogarnąć.
Ale powiedz tylko słowo ...
Lękam się
tego dnia, co nachyli się ku zachodowi,
by napotkać wieczór nagle taki bliski,
zwiastujący noc - moją ostatnią zasłonę,
za którą nie wiem jakie czeka mnie spotkanie
i czy w ciemnej dolinie zła się nie ulęknę.
Ale powiedz tylko słowo ...
Lękam się,
że pociecha w tych lękach będzie równie słaba,
jak moja chwiejna wiara, że nie mam się lękać
lecz wierzyć w sprawiedliwość nagrody i kary,
chociaż jedna i druga tak często zawodzi,
a zwątpienie i rozpacz są jak chleb powszedni.
Ale powiedz tylko słowo ...
Lękam się,
że nie powiesz nigdy tego słowa,
jak Tyś lękał się, że Ojciec wówczas Cię opuścił,
a przecież wiedziałeś, że to nie jest prawdą.
A cóż ja - potomek Adama ,Abla, Hioba?
Czy mam tylko czekać ? Czekać czyli grzeszyć?
A więc powiedz tylko słowo ...
lipiec 2001 r.
M O D L I T W A
Od niesłyszenia ocal nas,
Od niewidzenia ocal nas!
Niech nam zabraknie tchu z zachwytu,
niech się dźwigniemy aż do szczytów,
choćbyśmy potem mieli spaść!
Niechaj słyszymy polifonie
anielskich muzykantów glorii,
którym na freskach grać i śpiewać
przykazał Melozzo da Forli.
Niechaj ujrzymy cud Ofiary,
co życia Boga była warta
w niebiańskich chórach Agnus Dei
z "Koronacyjnej Mszy" Mozarta.
Od niesłyszenia ocal nas ...
Niechaj w pszenicy korcu ziarnach
z piramid wziętych gdzieś w Egipcie
zachwyci nas po tysiącleciach
zielone kiełkujące życie.
Niech nas przeraża "Taniec Śmierci",
upiory Goi budzą grozę,
niechaj Dantego parzą ognie,
a "Zima" Breughla przejmie mrozem.
Od niewidzenia ocal nas ...
Niechaj w pośpiechu naszych ulic,
gdzie twarze obce i nieznane
czyjś płacz nas wzruszy, co dobiega
z telefonicznej budki szklanej.
Niechaj rozpiera nas wesele
gdy chmura zmienia się w obłoki
i radość kiedy czyjeś dziecko
obok nas stawia pierwsze kroki ...
Od niesłyszenia ocal nas ...
ZAPACH DZIECIŃSTWA
W salonie pachniało czarnym fortepianem,
zwłaszcza gdy stroiciel wznosił skrzydło wieka
płosząc z pudła stadko swawolnych kadencji,
które mu spod palców lubiły uciekać.
Z kuchni zaś parzonej kawy syk pachnący
z wonią fortepianu mieszał się con moto.
Kruche filiżanki dzwonieniem we fis-moll
umilały koncert z cukiernicą złotą.
Z portretów babunia Rozyna z dziaduniem,
co jeszcze w Powstaniu - tamtym! - padł z honorem
w takt dawnego walca zaraz w tany idą
i wiruje salon cały con amore.
Powiewa muślin firanek nad drzwiami
otwartymi na róże i bzy do ogrodu,
skąd właśnie wpadła była do salonu osa
wprost do cukiernicy, aby ukraść słodu.
Lecz nie ma już tacy, ani cukiernicy,
ni krucho dzwoniących chińskich filiżanek,
ni drzwi do ogrodu, którego już nie ma,
i nie powiewają muśliny firanek.
Więc się tłucze osa po salonu ścianach,
Jakby salon był jeszcze, choć już nie ma domu.
Od lat wielu już nie ma. I tylko na zawsze
pozostał czarnego zapach fortepianu.
A LA GUERRE COMME A LA GUERRE
Najpierw szpiegów wyprawić,
potem czujki wystawić,
zbadać teren, zajść z tyłu znienacka.
Układami omotać,
nie żałować też złota
i gotowa, gotowa zasadzka.
Grać na zwłokę i zawsze nie fair -
a la guerre comme a la guerre ...
Obserwować i czekać
i udawać i zwlekać
i gotować się wciąż do ataku.
Wreszcie z flanki uderzyć
i przed strzałem wymierzyć,
by naboi nigdy nie zbrakło.
Ofensywy tej w dłoń ująć ster -
a la guerre comme a la guerre ...
Gdy wymaga taktyka
uznać, że przeciwnika
nastąpiła chwilowa przewaga.
Wyrwać się z okrążenia,
niech strategia się zmienia,
bo niewiele pomoże odwaga.
Najtrudniejsza z wojennych to gier -
a la guerre comme a la guerre ...
A gdy już flaga biała
spod okopu wyjrzała
i przedpola umilkła już przestrzeń,
karty zatrzymać w dłoni,
nie odkładać już broni
i na muszce mieć oko wciąż jeszcze.
Jeśli atut, to tylko as kier -
a la guerre comme a la guerre ...
Oto bitwa wygrana,
oto bitwa przegrana -
komu klęską, a komu jest chwałą?
Komu rany opatrzyć,
komu, komu przebaczyć
gdy na polu tylko zostało
serce ptakom rzucone na żer?
A la guerre comme a la guerre...
DWOISTY WYMIAR CZASU
Stoimy znowu
w chwiejnym blasku świeczek
w tych samych miejscach
o tej samej porze.
O cały obrót Ziemi
wokół praźródła jej życia
dalsi od nich
którzy przerwali podróż
na orbicie czasu.
O cały ten obrót
lub jego odcinek
bliżsi ich spotkaniu.
Nasz ziemski czas
dzielą te obroty które
na dwanaście krótkich podzielono cząstek
by ich suma stała się dla nas
wynikiem działania
kiedy inni nad nami w chwiejnym blasku świeczek.
JESIEŃ W MIEŚCIE
Przyszła dziś do nas z kalendarzem,
choć zwykle spóźnia się lub śpieszy -
jesień grzanego piwka w barze
i latających kapeluszy.
Znowu zasiadła w filharmonii
z chrząkaniem, z pizzicatem kaszlu
i rozcieraniem zimnych dłoni
z błotem roztartym na kamaszu.
Znów skacze po kałużach ulic,
spod kół pędzącym autom tryska,
wiatrem się wokół szyi tuli
jesień miastowa - aura trista.
Znowu buszuje po aptekach,
strąca słoiki z aspiryną,
otwiera parasoli wieka,
na świecach płacze stearyną.
Szarpie nieszczelne ramy okien -
włamywacz naszych zimnych domów,
żeby się wślizgnąć wreszcie bokiem
i mieszkać z nami po kryjomu.
PIOSENKA O WOLNOŚCI
Wolności,
tak chciałbym ciebie zatrzymać!
Wolności,
och, nie wymykaj się z rąk!
Wolności,
gdzie kończysz się, gdzie zaczynasz?
Wolności,
przerwij zaklęty ten krąg!
Nie potrafię dostrzegać cię co dnia,
a od święta - przyznaj - jesteś trochę nudna.
Może jesteś zanadto swobodna?
Może jesteś trochę obłudna?
Wolności,
tak chciałbym ciebie zatrzymać ...
Czy ty jesteś do wszystkiego zdolna?
Czy też - wybacz !- często się obrażasz?
Może jesteś nazbyt powolna
i nie umiesz oprzeć się strażom?
Wolności,
tak chciałbym ciebie zatrzymać ...
Nie chcę o nic cię złego oskarżać,
wręcz przeciwnie - chcę cię widzieć w glorii.
Lecz niejedna kawalerska szarża
na bruk spadła z konia Historii.
Wolności,
tak chciałbym ciebie zatrzymać ...
TEMAT Z YORICKIEM
A może lepiej wypadłby w tej kwestii
aktor, co z cicha o tej roli marzył
gdyby założył na czaszkę Yoricka
błazeńską czapkę z dzwonkami przy twarzy.
Twarzy, co szczęką białą, poszczerbioną
bezgłośnym śmiechem wykpiwa publikę.
Autor z pewnością by się nie obraził
udając chytrze, że sam jest Yorickiem.
Jakby zabrzmiały "Słowa-słowa-słowa",
gdyby je w ustach bohatera zmienić,
pomieszać akty, sceny, monologi
bez odpowiedzi "Reszta jest milczeniem"?
Oto pytanie. Koniec przedstawienia.
Znika Elsynor, kurtyna opada.
Oklaski, światła - zaczyna się "bycie".
I tylko Yorick coś do siebie gada.
TAKA JESTEŚ
Taka jesteś mi bliska,
taka jesteś mi droga
od zarania na zawsze
przeznaczona od Boga.
Taka jesteś mi droga,
taka jesteś mi bliska -
me najpierwsze schronienie
i ostatnia ma przystań.
Taka jesteś mi droga,
taka jesteś mi bliska ...
Już spamiętać nie mogę dziś
- wnet minie pół wieku -
jak Twe imię znalazłem
w najważniejszym słowniku.
Odkrywałem od nowa,
inni też mi odkryli,
że podziwiać Cię trzeba,
choć tak często się mylisz.
Podziwiali Cię nieraz
albo nie rozumieli,
podziwiali z daleka najczęściej.
A kto wiedział jak łączysz?
A kto wiedział jak dzielisz?
Udawali, że wiedzą.
Nie wiedzieli - na szczęście.
Taka jesteś mi bliska ...
Próbowałem wykrzyczeć,
próbowałem Cię nucić
albo długim milczeniem
precz z pamięci wyrzucić.
Próbowałem Cię nucić,
próbowałem wykrzyczeć
ale jakże z tym krzykiem
stanąć przed twym obliczem?
Milczysz? Zawsze milczałaś,
choć Cię nieraz pytałem.
Czy Ty jesteś za wielka,
czy ja jestem za mały?
Taka jesteś mi droga ...
No więc milcz i jak zawsze
nic mi nie odpowiadaj.
Może znów chcesz mnie zdradzić?
Wszak Ty wiesz co to zdrada!
Jam Ci wierny jak rzeka,
jak Twej ziemi ta Wisła.
A ta miłość? Ta miłość
może wcale nam, wcale nie wyszła ...
Taka jesteś,
taka jesteś,
taka jesteś ...
P O Ż E G N A N I E `89
(według "Poloneza" Kleofasa Ogińskiego)
A więc odchodzisz od nas Polsko
w sukni o zblakłej czerwieni,
w wieńcu, który pachnie jakże swojsko
niby zwiędłe liście dawno spóźnionej jesieni.
I za historii swej zakrętem
znikniesz wkrótce wraz z bagażem
tej nadziei naszej niepojętej
i tych wszystkich niespełnionych nigdy naszych marzeń.
Ile po tobie pozostanie
w niepamięci naszej zimnej?
Może tylko to jedno przesłanie,
że ojcowie cię pragnęli kiedyś, ale jakże innej.
Ile ci miejsca w podręcznikach
pozostawić dla twych wnuków,
by ktoś nie rzekł, żeś bez śladu znikła,
skoroś tak odeszła w pustej ciszy, a nie w armat huku?
Tyleśmy razem lat przeżyli,
srogich zim i letnich burzy.
Chciałaś zawsze, byśmy uwierzyli,
że my tylko tobie lecz ty nam nie musisz wcale służyć.
Nie wracaj do nas, ty lipcowa
córko wojennej pożogi,
daruj sobie pożegnania słowa
chociaż już na zawsze się rozchodzą dzisiaj nasze drogi.
Czy nam zbyt mało nie zabierasz,
a zostawiasz nazbyt wiele?
Czy znów drzwi zamykasz czy otwierasz?
Co odnajdą kiedyś wnuki w nikłych śladach po twym dziele?
Nie odpowiadaj - sami wiemy
jaką dać odpowiedź wnukom.
My cię teraz nową zbudujemy,
a ty pozostaniesz im przestrogą tak, jak nam nauką.
NAD JEZIOREM MICHIGAN
Groźne jest to jezioro
gdy udaje morze a sztormowe fale
przez kamienne molo chcą się wedrzeć
pomiędzy szczeliny wieżowców
co jak dumne lecz trochę wystraszone stado
zbiły się w gromadę na bezpieczny dystans.
Wiatr hula zawzięcie i nie bez przekory
goni samochody po odkrytym Lake Shore.
Tylko na nabrzeżu Navy Pier gdzie ongiś
nasz "Batory" zostawiał słoność fal Bałtyku
koło karuzeli toczy się dostojnie
lekce sobie ważąc
groźby i jeziorne kaprysy Michigan.
Groźne jest to jezioro
gdy wzburzoną falą
przez nieszczelny mur Down Town
chciałoby dla siebie na zawsze zagarnąć
betonowo-stalowe wieżyce Chicago.
Chicago, wrzesień 2000 r.
T A H I T I
Jeśli wyspy tej naprawdę nigdzie nie ma,
jeśli był to tylko złoty sen Gaugin'a,
wtedy sam ją namaluję,
ciepłym brązem podcieniuję,
jeśli wyspy tej naprawdę nigdzie nie ma.
Będą nam się oceanu fale skrzyły,
będą słońca zachodziły i wschodziły,
a na mokrych piaskach plaży
wielka miłość nam się zdarzy,
oceanu fale będą tam się skrzyły.
I to będzie nasz sen złoty i prawdziwy,
że w miłości naszej same są przypływy
i aż do dna, do zatraty
będziesz moją Vairumati
i to będzie sen nasz złoty, sen prawdziwy.
Gdy zbudzimy się i zniknie gdzieś Tahiti,
pierzchną fale lecz zostaną nam zachwyty,
że tak między nami było,
że się zdarza taka miłość
i nie trzeba szukać jej aż na Tahiti.
M A R I A
Maria w kuchni układa talerze,
przez drzwi słyszę fajansów gwar srogi,
a gdy kurze ściera w przedpokoju,
to stłumione westchnienia podłogi.
Maria nuci coś sobie w łazience,
może dodać chce sobie otuchy
gdy rozwiesza zmoknięte stadko
białych mewek dziecięce pieluchy.
Czasem zrzędzi, uśmiecha się czasem,
tak jak dzieje się to w wielu domach.
Gdzież mieszkałbym ze swą samotnością?
A gdzie ona, Maria - moja żona?
Lecz naprawdę Marii wcale nie ma,
jestem tylko ja lecz nieżonaty.
A w mym domu zamieszkują ze mną
moje książki, Lary i Penaty.
MYŚLAŁEM, ŻE CIĘ ZNAM
Myślałem, że już znam cię całą,
żeś jest odkrytą moją gwiazdą,
albo zieloną wyspą małą
znajomą jak rodzinne miasto.
Myślałem, żeś jest jak poemat,
w którego strofy wracam znane
lub ulubiony z Bacha temat,
albo jak słońca wschód nad ranem.
Znałem wszak zapach twoich włosów
i oczu kolor świtem płowym
lub fioletowym zmierzchem wrzosów
kiedy złączone blisko głowy.
Znałem w mej dłoni ciepło twojej,
twe odpowiedzi, twe pytania.
Wiedziałem, żeś jest mym spokojem,
jak wierzba, co się rzece kłania.
Umiałem całą cię na pamięć
przez wszystkie zmienne pory roku:
zimą mi byłaś niby zamieć,
wiosną płynący lód w potoku.
W lecie mi byłaś piasku złotem
przesypującym się w mych dłoniach,
albo jaskółki czarnej lotem.
Jesienią mgłami gdzieś na błoniach.
Myślałem, żeś mi jest tak znana
jak w twoich oczach me odbicie,
jak karta wciąż nie zapisana,
na której sam twe spiszę życie.
I nim pomyślisz, żeby odejść,
już będę wiedział - tak myślałem -
i pierwszy oczy zmrożę chłodem.
Dziś wiem, że wcale cię nie znałem.
C A L V A D O S
Popijam Calvados,
a drzwi do kuchni otwarte co wieczór,
bo zapach parzonej "La maison du cafe"
może nim przyjdziesz pod ciepły abażur
wraz z wonią twych perfum wyprzedzą znów cię.
Miłość jak ptaka spłoszyłem w tym liście,
z miłością uciekła spłoszona nadzieja.
Czyje do kogo więc ma być to przyjście,
gdy list tak tłumaczył, że ja to nie ja?
Popijam Calvados,
a sprzęty i ściany i wszystko tak obce -
nieważne, że może czasami nie sam.
Z radia tęsknota za słynnym prochowcem,
gdzie New York, gdzie Kraków, gdzie ty wśród tych ścian?
Ktoś może pozdrowi cię wkrótce ode mnie,
bo właśnie na Plantach ktoś spotkał mnie wczoraj.
Na Plantach jest teraz, wiesz, tak przedwiosennie,
gołębie gruchają, jakby ktoś grał chorał.
Popijam Calvados,
a drzewo za oknem otula się zmrokiem
i razem z ptakami pogrąża się w snach.
Z windy ktoś wysiadł i stanął przed progiem,
nie moim, choć czekam w otwartych już drzwiach.
Calvados się kończy,
ostatni papieros dopala się razem z kolejnym wieczorem.
Po ilu wieczorach, po ilu dopiero
straconą mą wyspę odkryję nie w porę?
Popijam Calvados ...
W PÓŁ DROGI
Żonie - po latach
Spod przymkniętych ociężałych powiek
Twój zmęczony spotykam wzrok,
coś usiadło na Twych oczach ołowiem,
w naszym domu coraz większy zmrok.
Nie te same są już Twoje dłonie,
śmiech nie czai się w kącikach ust,
biały włos już spotykam na skroni,
coraz więcej na czole Twym bruzd.
Ale przecież jeszcze dostrzegam
pośród śladów przemijań złudnych
moją dawną Królową Śniegu,
moją Wenus letnich popołudni.
Jeszcze widzę Twój portret z książką
pod brązowym lampy abażurem
w jasnym koku upiętym wstążką,
rozświetlony jesiennym wieczorem.
Dawno znikłaś gdzieś Śniegu Królowo,
popołudnia letniego żar zbladł.
Jesteś teraz jak sierpniowy owoc,
co dojrzewa gdy opadł już kwiat.
Twoje ręce, które były kołyską
naszych dzieci - już nie chcą mych rąk
i Twe oczy już się nie zachłysną
naszych nocnych tajemnic grą.
Ale jeszcze potrafię uwierzyć
w niespełnione Twe obietnice,
że nie wszystko zdążyliśmy przeżyć,
że się znów kiedyś Tobą zachwycę.
Że przypomnisz słowo dziś zagubione
w codzienności jakże szarej wirze,
słowo "zawsze" niegdyś rzucone,
dziś, gdy "zawsze" jest już znacznie bliżej ...