W szarym, zwalistym domu z betonowej płyty,
setki jednakowych korytarzy,
a w nich ...
nie ma dróg indywidualności - jedynie setki niczym nie różniących się ludzi a na ścianach lustra,
mimo że kiedyś w każdym z pokoi było inne wnętrze, teraz spotykają się tam te same osoby,
uwięzione w jednym dniu, który nigdy się nie zmieni,
patrzę na nie ...
i nie widzę nic,
jak manekiny - te same puste głowy bez twarzy i oczu,
codziennie mijają mnie w moim życiu,
a ja idę przez martwe miasto cierpiąc z samotności
i powoli więdnę jak oni,
a ja duszę się w ich chemicznym świecie ... dla mnie w oknach kraty a osiedla więzieniem,
umieram z rozpaczy w tej krainie, gdzie osobowość zeżarta bezbarwnością dnia usycha,
chyba czas odmienności się skończył
a wraz z nim cała moja egzystencja upadła.



Patrząc w lustro, widzę dziurę, której nikt nie zakryje
a w niej,
zamiast serca widzę ich ...
więc próbuje ściągnąć z twarzy skórę,
zerwać ją okrutnie, by zaglądnąć głęboko wewnątrz
i ujrzeć w pełni swoje oblicze, lecz znowu widzę ich...
i nie czuję nic oprócz upokorzenia.