Wybrana
ty zburzyłeś tamten świat
zmieniłeś wschody zachodzących wspomnień
dałeś nadzieję na lepszą przyszłość
pozwoliłeś zrozumieć przysięgę
odpowiedzialność za danego człowieka
(nie wielu ma świadomość)
chciałam nowego życia
zbuntowana nie godziłam się z odmową
dałeś mi je ale inaczej
moja wola stała się twoją
tylko ty jesteś miłością
bez ciebie nie przeżyłabym tego
dobrze że nadzieja umiera ostatnia
I nie pytaj co dalej
powracam do źródła
samotność nie jest taka zła
można ukryć łzy i ból istnienia
otwarte ramiona wystarczą
by objąć mą nędze
On nie pyta tylko czeka
bezwarunkowo na zawsze
nie ustaje
bo jest miłością
Uniesienie lekkie do góry
wirem pociągnięta
otoczona pragnieniem
coraz mniej siebie
udawania dla więcej
nie czuła bólu istnienia
zimną stawała bryłą
pochmurne ciężkie powietrze
a z nim spojrzenie śmieszne
promień jak łuny strzałą
oślepił i przeszył siłą
inna a z nią przestrzeń
zawirował pomógł powstać
powiewem ciepłym otulił
czerwieni sypnął płatkami
wiedział właśnie różę
tę jedną dla niej proszę ...
Tylko płatki śniegu
co ukrywasz w sobie
gdy dopytuję o życie
czego pragniesz ode mnie
tęsknisz za czymś w ukryciu
co chowasz w kieszeniach zaszytych od góry
światło zgasło ciemność mieniąc
wewnątrz siebie ukryłeś mury
poszukuję w sobie bezsensu
tamtych lat zmarnowanych bezwiednie
widzę tylko bujanie w nonsensach
pustych słów obietnice daremne
Na chwilę zapomnieć
o spraw załatwieniu
życiu wspak
twoim milczeniu
że źle i gorzej nie może
o tym co we mnie
poezji w prozie
że inną jestem niż znałeś
samotna pośród kochanych
że ma tyle dane
tęskni za i ma darowane
nie pamiętać czy zapomnieć
niby tak samo
czasem różnie
Dar nadziei
Dawco Życia
Twój bezcenny dar
uproszony głosem serca
siłą Mocy uchwycone
pragnienie dobra
poświadczone wyrzeczeniem
kroplami złotych łez
przez święte oleje
spłynęła siła
otworzona brama nowego życia
Jego Dobroć
pozwoliła na istnienie
radość obdarowania
potwierdzona
blask oczu
rozświetlony uśmiechem
Obok być ...
zrozumieć siebie
w bałaganie notatek
cierpieniem innych odnaleźć
zatrzymać się
spojrzeć we wnętrze
tylko ... a może aż tyle trzeba ...
Udawany przyjaciel
okradziona wrażliwość
w niespełnieniu
upust dająca zmartwieniom
uczuciowe manewry
ze sztormem wyrzucane
na brzeg pretensje
pręgi w podzięce
kpiną w usprawiedliwienie
bo zabrakło zasad
W roztopach moknę
śnieżna kula zawirowała
oblepia zimne słowa
zakrywam usta przed chłodem
otulona szalem spojrzenia
milczę w pokorze
w cieniu ukrywam łzę
oczy pełne roztopów
spoglądam w kałużę
zniekształcone odbicie
wiatr otwiera dłonie
w kieszeni puste miejsce
czekam na wiosnę ...
Nieskończone podsumowanie
idę aleją pełną światła
mijam siebie z drugiej strony
ślisko i niebezpiecznie
ostrożnie mogę upaść
daleko nie polecę
potknęłam się o kamień
kolejna porażka
drzewo drapie gałęziami
uderzyłam w krawężnik chodnika
kłoda od losu
poturbowana wstaję
stawić czoła następnym trudnościom
nie łatwo pozbierać rozrzucone części
Powiedz
nie zostawiaj w bezruchu stygnących ust
nakarm westchnienia rozdygotane w płonącej chwili
ty milczysz
obojętnym spojrzeniem
zamykasz całą przestrzeń
nie przybywasz na wezwanie
czy słyszysz
pytam
wciąż wołają mnie sny
tańczę w nich
dla ciebie
a ty
Przez zamknięte oczy
w dziecięcym zamyśleniu
rozwijam skrzyła
roztapiam wczorajsze wątpliwości
w skrawkach przemyśleń
na ramieniu kołyszę
zmieszanie wczorajszych pragnień
i nikt nawet nie zapyta
o dalsze przemieszczanie w czasie
Obmyślam świat
wkładam rękawicę
przemarznięte dłonie
od nocnej wędrówki
sypie cała na biało
w topniejących płatkach
przywołuję cię
od żaru parują usta
ukrywam słowa
zamglonych kącików
zrezygnowanym krokiem
wtapiam się w ocean
niebieskich świateł
znikam w oddali
i już mnie nie ma ...
Tak się nagle ochłodziło
naleciało puchu
na wysokość skroni
wystawia nos spod pierzyny
nagle chłodem powiało
stopy łaskotane delikatnością
dłonie ogrzewają resztki wspomnień
już jej tęskno do przytuleń
szron pokrywa rzęsy
rozkopana przemyśleniami
wątpliwościami przejedzona
wstaje stawić czoła wyzwaniom
a to takie trudne
Znaleziona w antykwariacie
ocaliłam przed zniszczeniem
jeszcze jedną urwaną
wyciętą w pół zdania
wyszarpaną za włosy
zmiętą zniszczoną życiem
bez twarzy zamkniętą
wyrwałeś ją
Dogonić siebie chciałam
skraplam się cząsteczkami
wolno spływam do zbuntowanej dłoni
zamknę się w niej pełna niepokojów
pomieszana w nadziei skrawku
przygnieciona niebem oczu twych
przez palce wykrzyczę siebie
lżejsza od gwiazd wyjdę z cienia
i znów pozwolę aby porwał mnie wiatr
Tym razem pomyślę o sobie
zaparowane szkło
na wycofującym oddechu
teraz ja zatańczę
obsypana płatkami
otrzepuje puch zmysłów
przymarznięte marzenia
odtajały by zakwitnąć
Suplement
balsamem ramienia
gładzi szorstkie słowa
wzburzona fala
opada bez tchu
krótkie oddechy
tymczasowe zniecierpliwienie
Na potem gdy zabraknie
neony oderwanych spojrzeń
rozświetlają wczorajsze sprawy
nieba zachmurzonych oczu
wydumane resztki spotkań
rozmazują smutek
niedokładnego makijażu
chusteczki muśnięciem
otrzesz rozpalone usta
aby zachować dotyk
Skruszony powrót
klakson zdarzeń poszarpanych myśli
oddech spojrzeń do wnętrza
nie pytaj co dalej
A wszystko nie tak
wezbrały potoki
zmieniało się ciśnienie
czarne chmury otaczały
półmrok zapowiadał zmiany
niewypowiedziane grzmoty
uderzające błyskawice słów
wyładowania atmosferyczne uczuć
iskry potłuczonego szkła
nadziei drzewa połamane
marzeń pragnienia poszły z dymem
nastała głucha cisza
niebo zalało się łzami
promyk powoli przygasał
nie czekałam na tęczę
przełożyłam kartki
uciekłam w inny świat
Odprawiona z kwitkiem
poprosiłam o zwolnienie
nie określiłam czasu i okoliczności
zażądano podania motywowanego powodem
nie gwarantowano pozytywnego rozpatrzenia
czy ogólne zniechęcenie
prośba o chwilowe wyłączenie
nie stanowią motywacji
Zaśpiewa ci
siłą twojego oddechu
rzeźbisz słowa
widzę nuty
nie potrafię czytać
muzyka naszych oczu
inaczej dziś brzmi
poczekaj
wiatr podpowie
powieje twoim rytmem
Wszystko w twoich rękach
rozdmuchałam myśli
przyprószone wątpliwościami
na grube wałki nakręcam przypuszczenia
rano odwinę
potwierdzone lakierem słowa
grzebieniem zdejmę
postrzępione
poddam się tobie
ty potrafisz cuda zdziałać
Niby wszystko takie jasne
koresponduję z przemyśleniami
taka wymiana międzypokoleniowa
przesuwam korale chwil
otarte z niewinności
zlekceważone
nie zatrzymam zderzeń myśli
usypiam na twoich wiersza
Drobne ogłoszenie
do wyżalania poszukiwany
bez pytań i komentarzy
od zaraz
na okres próbny bez próby
dyspozycyjny
bez wieku nieokreślony
wyżywienie we własnym zakresie
mieszkanie kątem
anonimowość
oferta ważna do wczoraj
skrytka zachlapana
Kiedy NIE odpowie
muśnięcie po karku
piórkiem łaskotanie
na ciężkim wydechu
oczy w dal patrzące
ograniczona widoczność
drżenie rąk w dotyku
bez szat przeźroczysta
pulsujące światło
nakaz skrętu w prawo!
Menu
na wywarze z włoszczyzny
nerwy kipią w zamyśle
dodam ryżu posolę
podam tobie
zamilkniesz
Rozmyślania nad szkłem
pijane niebo ociera usta
budzą go krzyki
ostatnie słowa jak bumerang
przez krótkowzroczność przegapił okazję
dogasając nie przewidział
Gdzie jesteś mój ogrodniku
uczucia przekarmione
przyrosły do niej
wyczekiwaniem wołała
zamiotła drogę
nie przyszedł
zarosło chwastami
obiecała nie plewić chwili
niezapominajka zawoła pomoc
ni stąd ni zowąd stał jej się niezbędny
Tak nijako ... szumnie
marzyć nie wolno
trudno zapomnieć
wrzuca do muszelek krople
może perły przypomną o niej
na razie szumią
ale kto by ich słuchał
Pod prąd
palcami wplecionymi we włosy
krążę po przestrzeni
usta zanurzam w słowa
ogrzewam ciepłem stopy
wtulam się w ramiona znaczeń
wyłączyłam światła
w ciemności mogę pobłądzić dotykiem
jak zauważą moją nieobecność
zawołają wracaj
O nic nie pytałeś
budowle na piasku rozmyły fale
pozostał gorzki smak gruzu
cisza z bólem szarpały wnętrze
pukaniem zatrzymałeś milczenie
szukałeś kogoś
inni zniszczyli ty odnalazłeś
uzdrowiłeś uczucie
zawierzyłam
zostałeś stając się częścią
zaczęła się wędrówka
nasze gniazdo utwierdza mocny fundament
żadne wichury go nie zburzą
(dobrze że ciebie mam)
Jeśli to nie sen ...
Gdzie pustka łączy się z oczekiwaniem
na krawędzi nieprzespanej nocy
wyczekuje oddechu spełnienia
widać światło w oddali
chłodne skronie rozpala przebudzona zorza
rosa kroplami odświeża zmęczone powieki
usta otaczają ciepłem widnokrąg jego oczu
nie wiem sama
Spłoszył mnie dotyk
przechadza się spokojnie
gdzieś zapachniało jego dymem
poczuła gorący policzek na dłoni
zatrzymać pulsujące światło
gdy wyraz zmienia barwę
na tą ścieżkę nie wolno jej wchodzić
nogi nieposłuszne w porywie
zagalopowałam ale wracam
Odeszły bezpowrotnie
zrywy pourywanych wzruszeń
sięgają gwiezdnego błękitu
nie umiem oderwać myśli
wrastające igiełki przemyśleń
umykają do rozdartych iskrą tęsknot
tak mi brak tamtych chwil
Dziś inną jest
rozświetlona odcieniami brązu
wyróżniona pośród szarych nut
porankami liftinguje bruzdy wspomnień
zabliźniają zmarszczki powoli
przemieniona blaskiem w jego oczach
prawie zapomniała o tamtych porywach
tylko zasuszone płatki róż mgła wynurza
Przemyślenia po burzy
zegar wciąż bije
niezmordowany gitarzysta nadziei
kolejny raz próbuje otworzyć
beznadziejnie przymknięte powieki
beznamiętnie
podpalam wieczorną pochodnię
tli się iskra
może znowu rozpalę sobą ciebie
W podświadomości
wędruję pagórkami słabości
parabolą wspinam się opadając
gwiazdy wskazują ścieżki
smaruję oczy by zobaczyć
cienka nić zasłania uniesienia
prześladujesz mnie
przemarzłam
wracać nie mogę
zamknęłam oczy
ze szczytu posyłam oddech
zwyciężyłam siebie po drugiej stronie
To nie tak
zgubiłam drogę
skręciłam za szybko
oczami duszy błądzę
pragnienia zanurzyłam
w sosie przemyśleń
pozwalam poniżać się słabości
ostatnią kroplę woli wylałam
godność podeptana
humorami egocentrycznych myśli
owinięta folią nie potrafię dalej biec
wołając o pomoc
cofam się do zamkniętych beznadziei
zniknął blask w oczach światła!
Strach przed innością
szarość ścian odbiją wczorajsze pytania
przed drzwiami przyszłości
czekam na kolejny egzamin
najtrudniejszy nieporównywalny
krople pomieszanego bólu ciurkiem płyną
cienie schylone w proszącym „pomóż”
uwalniają ciężar bezradności
odpowiem na pytania?
zamknięte oczy
otworzy blask zmienionego życia
nowe wyzwania innej jakości
zegar utyka a jednak odmierza czas
Ból życia
normalności wróć woła
noc bez dna
w bezsenności
pyta oczy
nie powie
sny spokojne w oddali
nic nie cieszy
złość niszczy
łzy rzeźbione w powiekach
bolą dłonie
ciszo zostań
Ile jeszcze
przeważyło na szali
wytrzymałość zwolniona
zbytek słów
po kropelce
wtapia się w rzekę miodu
oddalona twym krzykiem
idzie ścieżką w powiewie
struny smutku żal grają
dzisiaj jest
nie wie jutra
Nareszcie
zakwitły wersy
wyblakł napisany tekst
litery straciły sens
nie odczytasz tamtych dni
zamazałam wczorajsze sny
garść tęsknot do kominka
zamiast żalu
który miałam
spokój wrócił i cisza
zlepek myśli w oddali
porozrzucane wspomnienia
wali się wszystko
zmieniam się
Żegnaj Syreno
nie przypłynie
piana okryła oczekiwanie
wiatr nuci na brzegu
tęsknotą szumi morze
poświęcenie wygrało
zwyciężyła siłą wartości
cząstkę wspomnienia
ukryła na oddalonej planecie
ulgę szerokiego oddechu
posyła ci myślą
uciszysz krzyk niedokończonych spraw
brzmiące na ustach „nareszcie”
z niedowierzaniem zdziwienia
obawą nie przykryjesz spokoju
w muszelce usypia przeszłość
z głębin już nie wypłynie
szepty cichną
tylko cień błękitu przypomina o istnieniu
(tyle było słów)
Poszukiwanie
za zamkniętymi drzwiami
czas zatrzymał oddech
głuchną wszystkie echa
kamienne twarze zapytań
uczucia mieszane
szukają odpowiedzi
w kieszeniach zgaszone światło
co dalej jak
(ważne jest to czego nie znamy jeszcze)
Chcesz mi coś powiedzieć
kroplami spływają do kałuży
zapytania bez odpowiedzi
zagłuszam krzykiem wątpliwości
znikła z mej dłoni linia życia
może weźmiesz coś w zamian
muszę ufać gdy stąpam po ostrych kamieniach
bolące kroki
gdy nie czuję bólu
nawet ćmy zbłądziły w świetle nocy
rozświetl bo dalej nie mogę
już nie pytam o drogę
Obok Jest
wciąż za mną podążasz
tropisz ślady wysyłasz pomoc
jak uparte dziecko ja
sama dalej głębiej chcę
pozwalasz bo jestem wolna
czekasz może wrócę
próbuje jak wiele mogę bez Ciebie
wciąż w górę i w dół
rozbujałam się na tej huśtawce
a z boku Ty w ciszy trwasz
dlaczego tak mu zależy na mnie?
tak do mnie jeszcze nie dotarło!
Złudzenie
skubnę pęczek obłąkanych skojarzeń
zamiast ciepłych wspomnień
schowam zwątpienia
rozrzucę roztargnienia
stopnieją resztki uczuć
nie poczujesz chwili
wszystko dla ciebie ma jeden smak
podmuch słowa rozdmucha warstwy
rozgoryczonej pamięci
zaleję ją betonową ciszą
nie usłyszysz jak wołam zostań
skrawki ciasnej goryczy rozerwie nieporadny szept
(nic nie czujesz ciebie nie ma)
Nareszcie
właśnie wyszłam
by spotkać się z tobą
znów popłyniemy razem
rozjaśniłeś mnie
wiesz
nic już nie jest takie samo
inny blask odbija tamte dni
warto było czekać - byś był
jak sznurówka urwana wcześniej
ciągałam się po życia dziurach
choć o połowę krótsza dziś
wiem że razem damy radę
znowu zawiążesz mnie w kokardę
Powiedz tak
nie zostawiaj w bezruchu stygnących ust
milczący
płonących chwil tak pragnę
dłużej nie pozwolę poniżać rozdygotane uczucia
złudzenia wylałam ze łzami obojętnego westchnienia
nie przybywałeś na wezwanie krzyczących mrugnięć
zamknęłam więc całą przestrzeń by nie usłyszeć
wciąż wołają mnie sny powtórzonych bezruchów
wyskubię resztki kłujących kpin i zatańczę ... dla ciebie
odległością bliską wplotę w ramie warkocz
owinę zapatrzone dłonie głębokością otchłani
zabierać do siebie suchego powietrza nie mogę!
napoi mnie dłońmi
niech znów smakuje oddechem ... ciebie!
Zatrzymana chwila
potrzebuję więcej egzystencji
mijająca chwila przebłysków nie zatrzyma strumienia
rozbieżnikowałam biegnące dłonie
włóczyć się bezkarnie po strzępach myśli
nie pozwolę!
Koniec
wczorajsze zawsze zanika
znamiona zabliźniają
gaśnie milczący płomień
jak w zwierciadle przegląda wątpiący dotyk
odchodzą powoli zdania niedokończone
miarowo odmierza pozostałe
otula smakiem
nie do spełniania kiedyś
nieważne dziś
niespełnienia trzepoczą skrzydłami
nie chcę ich znosić więcej
Przewidująca
w drobinkach nieskończoności
ukryłam rozstania
zachowam je na potem
na czas gdy zabraknie obecności
życie bez niej ma rozwichrzony stan
Niedoceniona
kobiecość twa
delikatnością utkana
można usłyszę jak gra piórami strun
palcami wtopionymi we włosy
rzeźbisz nowe wcielenie
zwyczajne - niezwyczajne
twe dzieła podziwiają pędzący mimochodem
tylko on nie docenia
wciąż widzi cię niezmienioną
Nocny szept
zaplatam rozplatam ręce
w kieszeniach światło
czekam aż podejdziesz
czyjeś myśli biegną z daleka
głośne rozważania o przemijaniu
w monologu samotności
uwalniam ukryte pragnienia
słyszę twoje kroki na klatce
(stęsknione łodzie toną w głębi)
***
Więcej wierszy Beti znajdziesz tutaj.