Małpy na drzewie

Ciało i duszę dałeś dobry Boże
abyśmy istnieli.
I pomyślałeś - rozum w głowę włożę
byśmy też myśleli.
I ręce, Panie, dwie nam dołożyłeś
byśmy pracowali.
A potem w piersi serce nam włożyłeś
abyśmy kochali.

Lecz po cóż ciało i po cóż nam dusza,
gdy jedno i drugie wciąż chore.
A rozum, miast ręce do pracy przymuszać,
czyni je ból zadawać skore.
Zaś serce, co źródłem miało być miłości,
tym różniąc nas od zwierza,
sprawia, że wahadłem niechęci i złości
czas życie nam odmierza.

I widząc, co z Twymi czynimy darami,
tak myślisz Panie w gniewie:
mniej miałbym kłopotów z tymi małpami,
gdyby zostały na drzewie.


Mam, co mam

Bywają czasem wieczory smętne.
Gdy pada deszcz
do głowy pchają się myśli natrętne,
pytania też.
Czy w życiu wszystko poszło tak może,
jak ja bym chciał?
Czy bym coś zmienił, gdybyś mi Boże
moc taką dał.

I czy bym chciał.

Gdybym tam w niebie, kiedyś, przed laty
możliwość miał,
czy bym tak wcześnie do Mamy i Taty
na świat się pchał?
Czy bym tak wcześnie poznać chciał bycia
gorzkawy smak?
Gdybym raz jeszcze przeżyć mógł życie,
to wtedy jak?

No właśnie, jak?

Dałbyś mi Boże możliwość taką
bym lat miał mniej?
Lecz chytry Boże za jaką cenę,
nie znałbym jej?
Więc nie, dziękuję. Taką ci Boże
odpowiedź dam:
choć młodszym był bym, bogatszym może,
Ja wolę
po stokroć wolę
mieć to, co mam.


Upadłem

Głowa rozpaczliwie jeszcze wciąż do góry,
reszta w otchłani, gdzie w tańcu szalonym,
w dzikim rytuale szare ludzkie szczury
gonią bezustannie swe własne ogony.

Głowa wciąż w górze, lecz mdłe opary
słodką podłością wieszczą podniecenie,
niosąc zawiści rozkoszne koszmary,
jakże przyjemne rozbudzając drżenie.

Cały się nurzam, opary wdycham,
niech podniecenia wstrząsną mną dreszcze.
Już ból i zawiść, podłość i pycha,
a ja w zachwycie! Jeszcze, no jeszcze!
Wyzbyty śmiesznych moralnych sznurów
pędzę na czele wyścigu szczurów.


Nie potrafię

Nie potrafię żyć bez Ciebie.
Nie znam dróg do samotności.
Jak zgubiony ptak na niebie,
świadom swojej ułomności,
nie odlecę, wszystko zrobię,
by Cię zawsze mieć przy sobie.

Pragnę ciepła jak powietrza,
słów miłości wciąż szeptanych,
i uczucia, co zaprzecza,
że czas jest nieubłagany.

Lecz gdy padnie już wezwanie,
by o życiu skończyć wierszyk,
wybacz, wybacz mi Kochanie,
że odpowiem na nie pierwszy.


Mrowisko

z pudeł z betonu wynurzone
w kamienne tłoczą się ulice
codziennej strawy wciąż złaknione
człowiecze mrówki - robotnice

miasto-mrowisko przemierzając
na cztery błądzą świata strony
bez skutku drogi dociekając
do swej królowej do Mamony

niepewne próśb swych i spowiedzi
ślą do bogini korne modły
lecz nie znajdując odpowiedzi
uznają że ten świat jest podły

przełknąwszy z bólem zawód nowy
zabiorą strawę swą żebraczą
do pudeł wrócą betonowych
skrywając skrzętnie że znów płaczą

zakodowane w samotności
w tłumie podobnych zagubione
w kolorach śnią o zamożności
kocykiem z marzeń otulone


Marzenia

piękna rzecz - marzenia
no więc marzę sobie:
ot tak od niechcenia
komuś na złość zrobię
komuś coś nagadam
kogoś obsobaczę
coś na kogoś nadam
komuś nie wybaczę
tych o coś obwinię
tamtych zaś oczernię
tym podłożę świnię
lub ocenię miernie
czegoś pozazdroszczę
coś obrzucę błotem
czasem się pozłoszczę
zaklnę szpetnie potem
i tak marzę sobie
myśląc przy tym skrycie
gdy to wszystko zrobię
piękne będzie życie!


Nie żalę się

nie żalę się - bo jestem dziś szczęśliwy
nie żalę się - bo nie brak mi miłości
nie żalę się - los nie był mi złośliwy
nie żalę się - bo nie znam samotności

lecz czasem tęsknię ot głupotki taki
czasem w mej głowie myśl powstaje płocha
by znów ktoś kiedyś nazwał mnie "szczeniakiem"
a największym problemem było "czy mnie kocha"


Cherubin i perły

rzekł cherubin: Dobry Boże
pójdę tam na chmurkę
taczki wezmę i w nie włożę
ślicznych pereł górkę

perły będę rzucał wiosną
gdzie las pole rzeka
niech z perełek tych wyrosną
dobra dla człowieka

i tak sobie perły sieje
i wesoło śpiewa.
nagle zamarł - co się dzieje?
trafiam wciąż do chlewa?

rezygnuję ja chromolę
ja ambicje miałem lepsze
pełne taczki oddać wolę
niż słać perły między wieprze


Nie zapomnę

jesteś mą miłością życiem niemal całym
cóż warte bez ciebie świata tego blaski
tyś raj na ziemi w kształcie zawarł małym
jak cesarz poddanym rozdając swe łaski
pieszcząc podniebienie rozlicznymi smaki
pełnymi garściami rozdzielasz rozkosze
tyś zdolny życia wynagrodzić braki
twój smak i obraz w sercu stale noszę

więc widzę twą dziurkę
z różą i z cukrem
a wokół niej skórkę
z lukrem lub pudrem
czuję miąższ puszysty
niby słodką watę
i smak wyrazisty
jeśliś z advocatem

a gdy na języku
mym pudrowa mączka
to nici z odwyku
nie zapomnę
pączka!


Letnia miłość

miłośc latem rozkwitła
z początku myślałem
ot miłostka zwykła
jakich wiele miałem
co przyleci odleci
ledwie ślad zostawi
jak iskierka zaświeci
na moment zabawi
potem zgaśnie zniechęci
aby za dni kilka
ulecieć z pamięci
jak przelotna chwilka

lecz ta była inna
na pozór pogodna
czasami zimna
czasem zaś łagodna

całuski codzienne
któż je dziś policzy
rumieniec płomienny
zapach tajemniczy
i smak nieodmiennie
świeży i dziewiczy
słońcem tak brzemienny
gdzieś zniknął ... już dni trzy
jej nie ma
nie czuję pieszczot jej dotyku
jakże mi cię brakuje ...

truskawko w naleśniku!